GOLGOTA WOŁYNIA 11 LIPCA 1943 – KRWAWA NIEDZIELA
11 lipca 1943 roku nad Wołyniem wzeszło letnie słońce. Polskie wsie budziły się do życia. Dzwony kościołów wzywały wiernych na niedzielną Mszę Świętą. Rodziny odświętnie ubrane wyruszały polnymi drogami do świątyń, nie przeczuwając, że dla tysięcy z nich będzie to ostatnia droga.
Tego dnia oddziały UPA, wspierane przez część miejscowej ludności, jednocześnie uderzyły na blisko sto polskich miejscowości. Ataki były starannie przygotowane i przeprowadzone z niezwykłym okrucieństwem. Napastnicy otaczali wsie, podpalali domy, mordowali mieszkańców bez względu na wiek. Ginęli ojcowie i matki, starcy, kobiety w ciąży, niemowlęta i dzieci. Wielu zabito podczas modlitwy w kościołach, inni umierali, próbując ratować swoich bliskich lub uciekać przez płonące pola.
Powietrze wypełnił dym płonących zagród, krzyk mordowanych i płacz osieroconych dzieci. Miejsca, w których jeszcze chwilę wcześniej rozbrzmiewał śpiew ptaków i niedzielne rozmowy, zamieniły się w morze ognia, bólu i śmierci. W ciągu kilku godzin całe osady przestały istnieć. Pozostały jedynie wypalone krzyże, zgliszcza domów i porozrzucane przedmioty codziennego życia – niemi świadkowie ludzkiej tragedii.
Krwawa Niedziela stała się kulminacją zbrodni wołyńskiej – zaplanowanej akcji wymierzonej w polską ludność cywilną na Wołyniu. Dla ocalałych był to koniec świata, jaki znali. Stracili rodziny, domy, sąsiadów i ukochaną ziemię, na której ich przodkowie żyli od pokoleń. Rany zadane tamtego dnia nie zagoiły się wraz z końcem wojny. Przeniosły się do pamięci dzieci i wnuków ofiar.
11 lipca pozostaje symbolem cierpienia tysięcy niewinnych ludzi oraz przestrogą przed nienawiścią, która potrafi odebrać człowiekowi człowieczeństwo. Jest dniem pamięci o tych, których jedyną winą było to, że byli Polakami i mieszkali na swojej ojczystej ziemi. Ich imiona często zna już tylko Bóg, ale obowiązkiem żyjących jest zachować pamięć o ich losie i przekazywać ją kolejnym pokoleniom.

