TAM, GDZIE KOŃCZĄ SIĘ SNY
Wiersz - TAM, GDZIE KOŃCZĄ SIĘ SNY
Przytuliłem Cię,
za oknem Chicago
tonęło w tysiącach świateł.
Jak zagubione miłości
szukały drogi do swych serc.
Księżyc srebrzył dachy wieżowców,
milcząco dotykał Tribune Tower.
Wpatrzony w noc,
chciałem zatrzymać czas
i tę jedną chwilę,
w której byłaś przy mnie.
Nie wiem, kiedy
zasnąłem.
Kiedy się obudziłem,
Ciebie już nie było.
A na parapecie okna
siedziała niebieska gołębica.
Patrzyła mi głęboko w oczy,
jakby chciała coś powiedzieć.
Nagle poderwała się.
Wyrosły jej skrzydła anioła
i wzbiła się ku słońcu,
zostawiając piórko.
Wziąłem je do ręki,
jakby było ostatnim śladem
ciepła Twojej obecności.
Słońce powoli schowało się
za jeziorem Michigan.
Chicago zapaliło swoje światła,
a ja siedziałem przy oknie,
samotny pośród milionów ludzi.
Patrzyłem na jezioro
i traciłem nadzieję.
Czy wróci tej nocy?
Myślałem o Tobie,
o naszych rozmowach,
o Twoim uśmiechu,
o chwilach, których wtedy
nie potrafiłem jeszcze docenić.
Aż nagle usłyszałem
ciche trzepotanie skrzydeł.
Usiadła w tym samym miejscu.
Miała mokre pióra od nocnej rosy.
Spojrzała na mnie,
jakby wybaczając wszystkie grzechy,
a potem dziobem dotknęła szyby.
Otworzyłem okno.
Zrozumiałem,
że nie wszystkie odejścia są końcem.
Niektóre są tylko próbą miłości.
Uczą kochać, kiedy tracimy to,
co było nam najdroższe.
Ryszard Fraczek Chicago 08-10-2026

