Stagnacyjny wzrost
Media są pełne zachwytów nad obecnym wzrostem gospodarczym. Dane za II kwartał mówią o wzroście 3,9% - tylko o 0,1% mniej niż w pierwszym kwartale. To jeden z wyższych wzrostów w Unii Europejskiej. Problem w tym, że gospodarka Unii, nie tylko nie uporała się ze skutkami ostatniego kryzysu, ale cierpi od lat na stagnacyjny wzrost i jego tempo, pomimo obecnej koniunktury, ma w dłuższej perspektywie czasowej tendencje spadkowe. Europa nie tylko nie nadąża za wzrostem gospodarek azjatyckich, ale także za tempem wzrostu biednych, lecz ostatnio dynamicznie się rozwijających gospodarek afrykańskich. Porównywanie wzrostu polskiej gospodarki z tempem wzrostu gospodarek unijnych, to porównywanie nie z liderami wzrostu światowego, a z jej ariergardą. Tym bardziej, że mamy do czynienia ze spadkiem inwestycji, nie mówiąc już o tym, że kraje zapóźnione w rozwoju gospodarczym mogą kopiować rozwiązania krajów bardziej rozwiniętych i tym samym mają szanse na wyższy wzrost. To prawda, że gospodarka europejska jest jeszcze bardzo potężna, ale analiza trendów pokazuje systematyczny spadek jej udziału w gospodarce światowej. To tylko ta ciasna perspektywa europejska usprawiedliwia ten stan samozadowolenia, jaki widzimy zarówno wśród polityków, jak i wśród publicystów zajmujących się gospodarką. Bo ten około 4% wzrost ma miejsce w sytuacji międzynarodowej koniunktury i bezprzykładnego wpompowania ogromnych środków finansowych w postaci programu 500+ w rynek wewnętrzny. Znaczenie tego ostatniego elementu w pobudzaniu wzrostu będzie systematycznie wygasało, a każda zmiana międzynarodowej sytuacji gospodarczej może doprowadzić do zupełnej stagnacji, jeśli nie do spadku gospodarczego. Obecny wzrost powinien być traktowany jako sygnał alarmowy wskazujący na wyczerpanie się dotychczasowego modelu rozwoju naszej gospodarki. Nie da się dalej ukrywać faktu, że dotychczasowy model doprowadził do wpadnięcia w pułapkę państw średniego dochodu i w oparciu o dotychczasowy paradygmat polityki gospodarczej nie da się go przezwyciężyć i przyspieszyć rozwój naszego kraju. A bez tego przyspieszenia pozostaniemy gospodarką półperyferyjną ze wszystkimi konsekwencjami tego faktu, nie tylko w sferze gospodarczej, ale także społecznej, politycznej, a nawet militarnej. Pozostaniemy państwem zależnym.
Obecna sytuacja wymaga zmiany zasadniczego paradygmatu polityki gospodarczej jeżeli chcemy nie tylko bardziej dynamicznego rozwoju, ale jeżeli chcemy w dającej się przewidzieć perspektywie czasowej osiągnąć taki poziom rozwoju gospodarczego, jaki mają nasi zachodni sąsiedzi. Zmiana modelu polityki gospodarczej jest warunkiem koniecznym do zwiększenia wzrostu gospodarczego, bo w oparciu o wzrost stagnacyjny nigdy nie osiągniemy naszych celów. Wydaje się, że to są oczywistości, które nie muszą być ciągle powtarzane. Świadomość tego faktu występuje także wśród obecnych elit rządowych, czego dowodem jest „program” Morawieckiego. Problem w tym, że w miarę trafna diagnoza nie pociąga za sobą trafnej polityki na miarę wyzwań. Mamy bowiem do czynienia tylko z półśrodkami i retoryczna polityką, a mniej z realnymi działaniami. Nadal bowiem w polityce gospodarczej mamy do czynienia z paradygmatem Balcerowicza ze stosunkowo niewielkimi korektami. I temu był poświęcony mój tekst pt. „PiS z Balcerowiczem”. Otóż mogłem się spodziewać polemiki broniącej polityki obecnego rządu, wskazującej na różne jej elementy, które są korektą dotychczasowego modelu polityki gospodarczej, ale nie spodziewałem się polemiki broniącej samej koncepcji Balcerowicza. Otóż tekst pt. „PiS i białoruska propaganda” Tomasza Drożdza jest tekstem osobliwym. Jak podaje Rzeczpospolita, jest to student SGH i były współpracownik Forum Odpowiedzialnego Rozwoju. Osobiście nie mam oporów przed dyskusjami ze studentami, bo wyznaję średniowieczna zasadę, że prawdę należy uszanować, także u swych polemistów, kimkolwiek byliby oni. Otóż lektura teksu p. Drożdza jest bezdyskusyjną, niespójną i anachroniczną apologią Balcerowicza. W jego strukturze argumentacyjnej przebija sposób debatowania charakterystyczny dla byłych marksistów przepoczwarzonych w liberałów i używa w sposób imitacyjny wszelkich tropów argumentacyjnych, z których znany jest były wicepremier, a wcześniej pracownik Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Lenininzmu, Leszek Balcerowicz.
Krytyka mojego tekstu autorstwa Tomasza Drożdza jest próba obrony tego, czego się nie da w żaden sposób bronić. Pomijam tu pyszałkowaty i pogardliwy język. Bo należy polemizować z argumentami, a nie czyimiś wyobrażeniami i fobiami. Otóż zasadniczą sprawą jest kwestia modelu gospodarczego, który Polska przyjęła za sprawą podyktowanego przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy tzw. programu Balcerowicza. Program ten opierał się przede wszystkim na otwarciu polskiego rynku, pobudzeniu istniejącej wysokiej inflacji, wyprzedaży za bezcen majątku narodowego. Wszystko to pod hasłami budowy gospodarki rynkowej i wolnego handlu. Otóż teoria Adama Smitha o przewadze komparatywnej była przede wszystkim wyrazem ideologii państwa, które szukało rynków zbytu. Gdyby Stany Zjednoczone zastosowały rady Smitha, to do dziś byłby przede wszystkim mocarstwem rolniczym. Ale Stany zjednoczone nie uległy ideologii „wolnego handlu” i broniły dostępu do własnego rynku, dzięki czemu rozbudowały własną gospodarkę. Gdy stały się potężne, to ideologia „wolnego handlu” stała się instrumentem amerykańskiej ekspansji. Podobnie było z rozwojem gospodarki niemieckiej. Jej rozwój nie polegał na zastosowaniu ideologii Adama Smitha, ale Friedricha Lista, niemieckiego ekonomisty, który wzywał do ochrony celnej niemieckiej gospodarki, tak, aby mogła zbudować swój potencjał. Zaś Balcerowicz w sytuacji zapóźnionej i słabej polskiej gospodarki, otworzył polskie granice doprowadzając do pogłębienia kryzysu, upadku przedsiębiorstw przemysłowych a w dłuższej perspektywie także do m. in. zniszczenia rodzimego handlu, czyli tej dzieciny w której następuje najszybsza akumulacja kapitału i która mogłaby być kołem zamachowym polskiej gospodarki. Dodatkowym problemem jest fakt, że regulacje polskiego rynku zostały podporządkowane zagranicznym koncernom, tym samym utrudniając rozwój rodzimej przedsiębiorczości. To, co jest charakterystyczne dla modelu realizowanego przez Balcerowicza na początku lat 90-tych, to dominacja ideologii liberalnej, a właściwie ideologii „wolnego handlu” nad gospodarką. To charakterystyczny rys umysłowości nie tylko Balcerowicza, ale wszystkich liberałów, którzy porzucili marksizm, ale nie predylekcję do myślenia ideologicznego. Tymczasem gospodarka to nie kwestia ideologii, ale praktyki. Celem gospodarki jest budowanie dobrobytu, a nie dogmatyczna realizacja ideologicznych założeń. A budowa dobrobytu to wdrażanie takich rozwiązań, które prowadzą do wzrostu, a nie do osłabiania własnego potencjału. Ideologia „wolnego handlu” byłaby dla Polski korzystna, gdybyśmy byli mocarstwem gospodarczym, a nie - jak na początku lat 90-tych - gospodarką w kryzysie. Także kwestia prywatyzacji, w modelu Balcerowicza ma charakter nie praktyczny, nie rozwojowy, ale ideologiczny. Wyprzedaż za wszelką cenę to żadne wzmocnienie polskiej gospodarki, ale zwykła grabież. I nie ma tu znaczenia, czy była ona dyktowana dogmatami ideologicznymi, czy zwykłą korupcją W tamtym czasie podstawy polskiej gospodarki stworzył plan Wilczka, a nie Balcerowicza, bo to plan Wilczka odwołał się do praktycznego motoru ludzkiej przedsiębiorczości. Student Dróżdż pogardliwie odnosi się także do dorobku prof. Kieżuna, nazywając jego prace „felietonami”, „banalne metodologicznie”. To ostatnie sformułowanie może być usprawiedliwione tylko na gruncie metodologii heglowsko-marksistowskiej, dla której fakty są nieważne, a na której kształcił się tow. Balcerowicz. Prof. Kieżun poświęcił planowi Balcerowicza fundamentalne studium pt. „Patologia transformacji”. To pożyteczna lektura nie tylko dla studenta Drożdża i samego Balcerowicza.
Tomasz Dróżdz w wielu miejscach polemizuje ze swoimi fobiami, a nie moimi poglądami. Tak jest z przypisywaniem mi poglądów etatystycznych. Nie jestem etatystą, ale nie traktuje własności państwowej w sposób ideologiczny. Lepsza jest bowiem własność państwowa, która utrzymuje państwo, niż własność zagraniczna traktująca nasz kraj w kategoriach kolonialnych. Jak widać z prezentowanych poglądów, Balcerowicz do tej pory nie odkrył prostego faktu, że pieniądz ma narodowość. To typowy pogląd dla polskiej odmiany burżuazji kompradorskiej, społecznej grupy wysługującej się kolonialnemu kapitałowi.
Typowym argumentem Balcerowicza jest porównywanie wszystkich swoich oponentów do zwolenników Łukaszenki i modelu gospodarki białoruskiej. W jego przekonaniu alternatywą do planu sygnowanego jego nazwiskiem jest Białoruś. I argumentu białoruskiego używa do stygmatyzowania swoich krytyków. To ciasna intelektualnie perspektywa. Bo mamy nie tylko model Balcerowicza i model Łukaszenki, wychodzenia gospodarki z socjalizmu. Mamy także model gospodarki chińskiej. Dróżdż próbuje ten argument zdezawuować twierdzeniem, że miliony Chińczyków żyją w skrajnej nędzy, istnieniem monopartii i cenzury. Te argumenty w odniesieniu do gospodarki mają charakter demagogiczny. Dla ludności bardziej szokową reformą była reforma Balcerowicza, niż chińskie reformy gospodarcze. Zasadnicza różnica pomiędzy chińskim wychodzeniem z gospodarki, a terapią szokową, był ich bardzo pragmatyczny charakter, wolny od wszelkiej ideologii. Chiny odrzuciły wszelki dyktat Międzynarodowego Funduszu Walutowego i wprowadzały reformy dbając o rozwój gospodarki, a nie o realizację wymaganych przez kapitał zachodni wymogów ideologii „wolnego handlu”. W efekcie mamy do czynienia z bezprecedensowym wzrostem chińskiej gospodarki i co jeszcze ciekawsze, z jej długotrwałym rozwojem. Ta gospodarka jeszcze na początku lat 90-tych była na znacznie niższym, niż polska, poziomie rozwoju. Natomiast dziś, gdy porównujemy skutki reform Balcerowicza z rozwojem chińskiej gospodarki to dobitnie widzimy ile straciliśmy na dostosowaniu się do zagranicznych oczekiwań, a nie prowadzeniu samodzielnej polityki gospodarczej. Chińska gospodarka, nawet bez unijnych dopłat daje znacznie wyższy wzrost, niż gospodarka polska, która w momencie wprowadzenia reform Balcerowicza, posiadała - w przeciwieństwie do pozostałych europejskich gospodarek socjalistycznych - podstawy własności i przedsiębiorczości prywatnej. I właśnie te podstawy gospodarki rynkowej to zasadnicza przyczyna relatywnie lepszego rozwoju polskiej gospodarki od innych postkomunistycznych gospodarek naszego regionu. Przykład chiński dezawuuje model Balcerowicza, bo jest znacznie efektywniejszy i skuteczniejszy w rozwoju gospodarczym. Ale jest skuteczniejszy, bo został oparty nie na ideologicznym fundamencie „wolnego rynku”, ale na paradygmacie patriotyzmu gospodarczego. To jest zasadnicza różnica pomiędzy tymi dwoma modelami rozwoju. Chińczycy kierowali się i kierują własnymi interesami, a polska gospodarka, której tory rozwojowe wyznaczył Balcerowicz, kierowała się ideologią służącą ekspansji zachodniego kapitału. Balcerowicz i jego adherenci dezawuują prof. Kieżuna i jego krytyczną opinie o polskiej transformacji. Ale laureat nagrody Nobla i były główny ekonomista Banku Światowego Joseph Stiglitz, opisując w swojej książce pt. „Globalizacja” procesy transformacyjne wskazuje, że zastosowanie się do recept Międzynarodowego Funduszu Walutowego przyczyniło się do pogłębienia kryzysu i utrudniło postkomunistycznym gospodarkom skuteczne przezwyciężenie gospodarczego socjalizmu. Właśnie Stiglitz wskazuje na model chiński, jako skuteczną metodę budowania gospodarki rynkowej, której owoce służą przede wszystkim własnemu społeczeństwu, a nie międzynarodowemu kapitałowi. Zaś model zastosowany w europejskich krajach postkomunistycznych uważa za "rozczarowujący".
Dziś musimy odrzucić model balcerowiczowski, ale odrzucić go nie w sposób retoryczny, jak robi to rząd PiS-u, ale praktyczny. Wymaga to zasadniczego przestawienia mechanizmów polityki gospodarczej na tory patriotyzmu gospodarczego. To jest dziś najważniejsze wyzwanie, które stoi przed polską gospodarką. Obrona zaś stanowiska Balcerowicza to nie tylko obrona anachronicznej i neokolonialnej polityki, która utwierdza tylko naszą peryferyjną pozycję w światowej gospodarce, ale także utrudnia zrozumienie istoty obecnego wyzwania, jakie stoi przed polską gospodarką.
Marian Piłka
Historyk, wiceprezes Prawicy Rzeczypospolitej

