„Co możesz zrobić, aby promować pokój na świecie? Idź do domu i kochaj swoją rodzinę” - Matka Teresa
czwartek, 16 kwietnia 2026 Kseni, Cecylii, Bernardety

Kicz pojednania

Uchwalona ostatnio przez Sejm, wspólnie z parlamentem ukraińskim, deklaracja "pamięci i solidarności", prawdopodobnie miała „naprawić” relacje polsko-ukraińskie - uznane za nadwyrężone lipcową uchwałą Sejmu w sprawie uczczenia ludobójstwa ludności polskiej na ziemiach wschodnich II Rzeczpospolitej (dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów) i ukazaniem się filmu „Wołyń”, który przywrócił tę kwestię społecznej świadomości. Ta polsko-ukraińska deklaracja oddała hołd "milionom ofiar poniesionych przez nasze narody w czasie II wojny światowej" oraz potępiła "zewnętrznych agresorów, którzy próbowali zniszczyć naszą niepodległość". Oddała także hołd  "polskim i ukraińskim" siłom antykomunistycznej opozycji za przywrócenie niepodległości obu naszych państw.

Otóż ta deklaracja wpisuje się w proces zapominania o ludobójstwie ludności polskiej  na Wołyniu i w innych wschodnich województwach RP i stara się budować wzajemne relacje na zamazywaniu historii i odpowiedzialności za zbrodnie. U podstaw tej polityki leży dawna koncepcja paryskiej "Kultury", że rzekomo „nie ma niepodległej Polski bez niepodległej Ukrainy”. W imię tej koncepcji budowano przez lata relacje polsko-ukraińskie - poświęcając przy tym naszą historyczną pamięć, interesy polskiej mniejszości na Ukrainie i w innych państwach na Wschodzie, a także nasze kulturowe dziedzictwo. Zamiast budować wzajemne relacje na historycznej prawdzie, potępieniu zbrodni, poszanowaniu praw mniejszości narodowych w obu państwach i pielęgnowaniu polskiego dziedzictwa narodowego na Kresach - to w myśl koncepcji Jerzego Giedrojcia i jego krajowych wyznawców postanowiono poświęcić interesy polskie, w tym także kwestię potępienia ludobójstwa polskiej ludności, na rzecz budowania sztucznego pojednania. Zapomnienie o przeszłości i polskim dziedzictwie miało być podstawą wzajemnych relacji. Wyrazem tej polityki była deklaracja Senatu I kadencji potępiająca akcje "Wisła", a także przemilczanie zbrodni na ludności polskiej - dokonanej na Wołyniu i w innych wschodnich województwach. Gdy w roku 1998 zgłosiłem w Sejmie projekt rezolucji upamiętniającej zbrodnie na Kresach, marszałek Płażyński odmówił poddania jej pod głosowanie, tłumacząc to sprzeciwem ministra Geremka. W roku 2003 co prawda udało się przeprowadzić przez Sejm bardzo stonowaną rezolucję i odbyły się wspólne polsko- ukraińskie obchody, ale były one utrzymane w kategoriach utrzymania symetryczności win.

Tzw. pomarańczowa rewolucja była okresem szczególnego kształtowania się współczesnej narodowej tożsamości Ukraińców. Jednocześnie władze Ukrainy bardzo potrzebowały polskiego poparcia tych przemian. Wtedy była szczególna okazja do postawienia kwestii zbrodni wołyńskiej we wzajemnych relacjach i zbudowania ich na trwałym fundamencie prawdy i potępienia zbrodni. Postawienie tej kwestii oczyściłoby bowiem wzajemne relacje  i pomogłoby zbudować je na trwałym fundamencie. Był to bowiem czas, w którym nowoczesna ukraińska tożsamość narodowa zaczęła się kształtować w przyspieszonym tempie. Dla Polski ważne było i jest, żeby ta tożsamość kształtowała się w oparciu o uniwersalne wartości chrześcijańskiej etyki oraz na tradycji współpracy obu narodów. Dlatego polska polityka wschodnia powinna postawić kwestię rozliczenia się narodu ukraińskiego z banderowską przeszłością i jej potępienia. Niestety, ta sprawa nie została postawiona ani przez polski rząd, ani przez  prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który był w szczególnych relacjach z prezydentem Juszczenko. Był to szczególny moment w historii Ukrainy, w którym to państwo potrzebowało poparcia Polski - zwłaszcza dla jej niepodległości i polityki wyzwalania się spod rosyjskiej dominacji. W tym czasie bowiem na Ukrainie  rozpoczął się - na masową skalę - proces rehabilitacji tradycji banderowskiej i budowanie na tej tradycji ukraińskiej tożsamości narodowej. Podjęcie sprawy wołyńskiej w tym momencie, jako warunku polskiego wsparcia dla Ukrainy, mogło powstrzymać proces rehabilitacji tradycji banderowskiej i pozwolić na zbudowanie wzajemnych relacji na trwałym fundamencie etyki chrześcijańskiej i tych wątków w ukraińskim dziedzictwie narodowym, które nawiązywały do obopólnej współpracy. Jednak prezydent Kaczyński nie tylko nie wykorzystał tej koniunktury politycznej do istotnego oddziaływania na proces kształtowania ukraińskiej tożsamości narodowej, nie tylko nie postawił kwestii Wołynia we wzajemnych relacjach, ale w ogóle nie reagował na proces swoistej „bonderyzacji” ukraińskiego społeczeństwa. Zaś w roku 2008 nie zgodził się nawet na prezydencki patronat nad wołyńskimi obchodami. Był to szczególny gest - nie tylko pod adresem  prezydenta Juszczenki, który później uznał Banderę i Szuchewycza za narodowych bohaterów Ukrainy, ale także symboliczny i polityczny gest odcięcia się od polskiej pamięci o ofiarach wołyńskiego ludobójstwa i milcząca zgoda na proces banderyzacji ukraińskiej tożsamości narodowej. Polskie władze nie sformułowały w swojej polityce wobec Ukrainy postulatu odkłamania zbrodni ludobójstwa i jej potępienia jako zasadniczego warunku budowania wzajemnych relacji i wzajemnej przyszłości. Ta tchórzliwa i bezmyślna polityka Lecha Kaczyńskiego przyczyniła się pośrednio do wzmocnienia procesów odradzania tradycji banderowskich i budowania na nich ukraińskiej tożsamości narodowej.  W ten sposób państwo polskie zaprzepaściło historycznie dogodny moment, aby wpłynąć na kształtowanie ukraińskiej tożsamości tak, aby tworzyła ona głębszą, aksjologiczną podstawę pod polityczną współpracę obu państw.

Kwestia tożsamości narodu ukraińskiego ma bowiem w naszych relacjach nie drugorzędne, a pierwszorzędne znaczenie. Bowiem  w stosunku do Ukrainy Polska może prowadzić podwójną politykę - zależną od charakteru narodowej kultury Ukrainy. Może to być polityka traktująca Ukrainę jako państwo buforowe pomiędzy Polską a Rosją. Walor tego państwa polega na tym, że dopóki Rosja prowadzi politykę rewizji obecnego porządku międzynarodowego, to Ukraina jest tym buforem, który zabezpiecza nas przed rosyjskimi aspiracjami imperialnymi. To polityka traktująca Ukrainę w ramach geopolitycznego realizmu, którego perspektywę wyznacza  możliwość rosyjskiej ekspansji lub rosyjskiego kryzysu. Gdyby w Rosji doszło do kolejnej "wielkiej smuty", Ukraina straciłaby dla Polski walor państwa buforowego, umożliwiając także  współpracę polsko-rosyjską. Jest to koncepcja realistyczna, zakładająca możliwość wschodniej ekspansji polityki polskiej. Jest też druga koncepcja - ścisłego polsko-ukraińskiego sojuszu. W tej koncepcji sprawą zasadniczą jest charakter kulturowej tożsamości naszego wschodniego sąsiada. Musi być to charakter budowany na wartościach zbliżonych do tych, które kształtują polską tożsamość narodową, a zatem na wartościach i etyce chrześcijańskiej, wzmocnionej reaktywacją tradycji współpracy polsko-ruskiej. Ta koncepcja ma szereg atutów geopolitycznych i niewątpliwie jest znacznie atrakcyjniejsza - zarówno z punktu widzenia polskich, jak i ukraińskich interesów narodowych. Umożliwiłaby ona bowiem stworzenie w Europie środkowo-wschodniej potencjału zdolnego do przeciwstawienia się zarówno zagrożeniom zachodnim, jak i  wschodnim. Mogłaby też być warunkiem wzajemnego rozwoju gospodarczego, przypominającego I Rzeczpospolitą. Taki układ geopolityczny mógłby być zarówno gwarantem budowy dobrobytu obu narodów, jak i ich bezpieczeństwa. Niestety, warunkiem koniecznym takiego ścisłego sojuszu jest chrześcijańska i propolska tożsamość narodowa współczesnej Ukrainy.

Polityka przemilczania zasadniczych problemów we wzajemnych relacjach, szczególnie kwestii zbrodni wołyńskiej, doprowadziła do tego, że na Ukrainie zwyciężyła koncepcja budowy własnej tożsamości na tradycji pogańskiego i zbrodniczego  nacjonalizmu o charakterze zdecydowanie antypolskim. Dziś jest właściwie już za późno na odwrócenie tych procesów i choć Polska nie powinna rezygnować z oparcia wzajemnych relacji na trwałych wartościach cywilizacji chrześcijańskiej, to jednak dziś szanse na budowę takiej cywilizacyjnej i politycznej wspólnoty są minimalne, bo Ukraina wybrała inny model aksjologiczny - o ogromnym potencjale antypolskim, który w dłuższej perspektywie czasowej może zupełnie uniemożliwić wzajemne przyjazne relacje.

Polskie władze, prowadząc w sprawach Ukrainy politykę zgodną z koncepcjami Jerzego Giedrojcia, sama zaprzepaściła szansę   budowania głębszych relacji kulturowych z naszym wschodnim partnerem. Zrezygnowała bowiem z kształtowania jego narodowej tożsamości na wartościach, które tworzyłyby głębszą podstawę wzajemnej współpracy. Milcząco wyraziła zgodę na budowanie tej tożsamości na tradycji antypolskiej i antychrześcijańskiej. Ta tchórzliwa polityka owocuje dziś nie pojednaniem a  eskalacją wzajemnych konfliktów, bo tożsamość Ukrainy wyznacza banderyzm z jego antypolskim i zbrodniczym potencjałem. To nie tworzy warunków współpracy. A ostatnia deklaracja Sejmu  jest tylko potwierdzeniem bezmyślności polityki wschodniej rządowej Warszawy i jej tchórzostwa. Ta deklaracja urasta do rangi symbolu bezmyślności polityki wobec Ukrainy. Powstała bowiem we współpracy marszałka Kuchcińskiego z synem dowódcy zbrodniczej UPA - Jurijem Szuchewyczem. Ona nie tylko nie naprawia wzajemnych relacji, ale eskaluje konflikt.

Na obecnej Ukrainie zbrodniarzom stawia się pomniki, ulice otrzymują imiona  zbrodniarzy jako patronów, w szkołach uczą banderyzmu jako formy ukraińskiego patriotyzmu. To buduje  głębszy i trwalszy konflikt polsko-ukraiński, niż gdyby dawniej postawiono postulat oczyszczenia ukraińskiej pamięci z tej straszliwej zbrodni i postulat jej potępienia. Dziś bowiem, gdyby taka odpowiednia polityka była prowadzona w przeszłości, sprawa Wołynia byłaby podobnie traktowana, jak sprawa Katynia czy zbrodni niemieckiej. I jako taka, pamięć UPA nie kształtowałaby ukraińskiej tożsamości narodowej. Natomiast banderyzacja narodowej świadomości Ukraińców powoduje, że dopiero wkraczamy w okres zasadniczego konfliktu polsko-ukraińskiego. Żeby go uniknąć, trzeba prowadzić wobec Ukrainy politykę domagającą się uznania prawdy o zbrodni wołyńskiej, potępienia jej sprawców i potępienia złej tradycji UPA. Nie ma innej drogi naprawy wzajemnych relacji - choć dziś będzie ona znacznie trudniejsza, niż dziesięć lat temu. Współpraca z Ukrainą wymaga od polskiej polityki postulatu odrzucenia banderyzmu jako mitu założycielskiego współczesnej Ukrainy. Nie można być bowiem ślepym na to, co się na Ukrainie dzieje. Uchwalona ostatnio deklaracja jest nie tylko deklaracją zapomnienia, ale jest wyrazem bezmyślności polskiej polityki. Symbolicznym wyrazem jej bankructwa jest film „Wołyń”, który przywraca prawdę i stawią ją w centrum polsko-ukraińskich relacji. Ten film ujawnia nie tylko jałowość polityki zapominania o tej zbrodni. Ujawnia on także bankructwo dotychczasowej polityki wobec Ukrainy - realizowanej przez pp. Geremka, Kuronia, Michnika, Komorowskiego oraz Lecha i Jarosława Kaczyńskich. To droga donikąd. To nie było pojednanie, a jedynie kicz pojednania, który po prostu już się wyczerpał i już dłużej nie jest w stanie zakłamywać wzajemnych relacji.

Ukraina jest geopolitycznie zbyt ważnym naszym sąsiadem, aby Polska mogła sobie pozwolić na budowanie tożsamości tego państwa na antypolskiej i zbrodniczej tradycji. Przyczyn klęski dotychczasowej polskiej polityki należy szukać w obowiązującym jeszcze ciągle paradygmacie polityki wschodniej - wypracowanej w kręgu paryskiej "Kultury". A ta koncepcja zakłada, że "nie ma niepodległej Polski bez niepodległej Ukrainy". Otóż ten paradygmat jest fałszywy. Bo jak pokazała historia, jest możliwa niepodległa Polska bez niepodległej Ukrainy, choć to była rzeczywistość trudna i w okresie międzywojennym zakończona katastrofą polskiego państwa. Dziś bardziej niż w okresie międzywojennym istnieje możliwość utrzymania niepodległości Polski bez względu na status Ukrainy, choć nie ulega wątpliwości, że istnienie tego państwa tworzy istotny bufor bezpieczeństwa dla Polski. Polska może traktować Ukrainę jako bufor ze wszystkimi geopolitycznymi implikacjami tego faktu, ale może tworzyć z Ukrainą sojusz, który byłby podstawą środkowo-europejskiego porządku. Ten drugi wariant jest dziś coraz mniej prawdopodobny, a przyczyny tego stanu rzeczy należy dostrzegać na Ukrainie. Bo to Ukraina odrzuca wartości chrześcijańskiej Europy i tym samym uniemożliwia polsko-ukraiński sojusz. Pozostaje nam, choć bez rezygnowania z polityki oddziaływania na ukraińską tożsamość, traktować to państwo tylko w kategoriach antyrosyjskiego buforu.

 

Marian Piłka

 

historyk, wiceprezes Prawicy Rzeczypospolitej